OBOWIĄZEK INFORMACYJNY

Zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 roku w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE informujemy, iż na stronie internetowej Administratora znajduje się obowiązek informacyjny (zgodnie z art. 13 RODO), w którym wskazujemy w jaki sposób Państwa dane osobowe przetwarzane są przez Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego ul. Nowy Rynek 11; 09-400 Płock. Prosimy o zapoznanie się z niniejszą klauzulą informacyjną

PLIKI COOKIES

Informujemy także, iż my i nasi partnerzy wykorzystujemy technologie, takie jak pliki cookies, i przetwarzamy dane osobowe, takie jak adresy IP i identyfikatory plików cookies, w celu spersonalizowania treści w oparciu o Twoje zainteresowania, mierzenia wydajności treści oraz uzyskiwania wglądu w odbiorców, którzy widzieli treści. Kliknij poniżej, aby wyrazić zgodę na wykorzystanie tej technologii i przetwarzanie danych osobowych w tych celach. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były wykorzystywane, kliknij w link Zarządzanie cookies, aby dowiedzieć się jak je wyłączyć.

Informujemy Ciebie, że w ramach serwisu używane są także także tzw. „niezbędne” pliki cookies niezbędne do funkcjonowania strony internetowej, umożliwiające korzystanie z usług dostępnych w ramach Serwisu, służące do zapewnienia bezpieczeństwa, np. wykorzystywanie do wykrywania nadużyć w zakresie uwierzytelniania itp. Szczegóły zawarte są w Polityce Prywatności

W przypadku pytań i wątpliwości co do zakresu przetwarzania Twoich danych przez Administratora zalecamy kontakt z Inspektorem Ochrony Danych - p. Rafałem Andrzejewskim. Kontakt: iod@teatrplock.pl, lub tel. 504 976 690.

Polityka Prywatności  |  Zarządzanie cookies
ROZUMIEM

Z Janem Tomaszewiczem, reżyserem spektaklu „Historia Ziemi. Epoka chaotycka” na podstawie książki „Pamiętnik znaleziony w wannie” Stanisława Lema i Jana Józefa Szczepańskiego, rozmawiała Monika Mioduszewska-Olszewska. Premiera 19 czerwca.

Monika Mioduszewska-Olszewska: Co to jest papyroliza? Trudne słowo.

Jan Tomaszewicz: Lem bawi się słowami. Papyr, to z jednej strony papier, a z drugiej strony jest – liza, analiza, coś, co z czegoś wynika. Tak to odczytuję. Po przeczytaniu pierwotnej wersji „Pamiętnika znalezionego w wannie” cenzura go zatrzymała. Wtedy Lem dopisał wstęp o epidemii papyrolizy, ubrał tę historię w fikcję okresu chaotyckiego. Samo słowo „chaotycka”, od chaosu, nawiązywało do ówczesnej sytuacji politycznej. Papyroliza pozwoliła więc Lemowi na opublikowanie książki w Polsce.

Co to za historia?

Wszyscy piszą, że to science-fiction, ale nawiązuje do sytuacji, która obecnie panuje w Polsce. Już we wstępie autor mówi o pandemii, o tym że panuje chaos, brak organizacji. Umieszcza akcję w gmachu. Gmach to słowo, które mówi nie o strukturze budynku, tylko o strukturze systemu. Systemu, który obecnie panuje. Mówi o jeszcze jednej rzeczy – że gmach nie powstał z czegoś, tylko został wymyślony przez kogoś. Udoskonalili i udoskonalają ten system ludzie. Tak jest w różnych organizacjach czy systemach państwa, obojętnie jakiego. To są te relacje międzyludzkie, manipulacja, okłamywanie. Szpiegostwo jest tylko schematem, który pokazuje, jak wyglądają relacje międzyludzkie, że jesteśmy od siebie zależni. A w jaki sposób? O tym decyduje właśnie system.

Brzmi poważnie.

„Pamiętnik…” jest groteską, to sarkastyczne spojrzenie na system. Musi nas skłonić do refleksji. Czy przypadkiem nie jesteśmy bohaterami gmachu, którzy konkurują z antygmachem? I czy tak naprawdę istnieje ten antygmach, czy go nie ma? Czy jest jakiś wróg? A jeśli nie ma, to może go sobie stworzymy, żeby mieć z kim walczyć?

Brzmi znajomo. Jakie są konsekwencje papyrolizy?

Lem przewidział współczesny system komunikowania się i czytania. Papyroliza to zanik papieru w wyniku działania jakiejś bakterii. Ta papyroliza to również zanik książki papierowej. Ona dziś jest, jest naszą codziennością. Nie jestem biegły w statystyce, nie wiem, czy więcej się wydaje audiobooków i ebooków czy książek papierowych, ale to się dzieje. Uwielbiam jednak zapach tuszu, gazety czytam tylko w papierze, bo dla mnie to jest takie namacalne. Podobnie z książkami, tak też czytam wszystkie scenariusze, nie potrafię czytać scenariusza na ekranie. Lem przewidział, że papier będzie zanikał. Może tak powinno być, ale z drugiej strony ten zanik, to zniknięcie jakiegoś ważnego elementu w systemie, w którym żyjemy.

Ale Lem sugeruje, że bez papieru nie ma obiegu informacji, a dzisiejszy świat udowadnia, że papieru może nie być, a informacji jest więcej, niż byśmy chcieli i mogli znieść.

Ale Lem przewidział, że powstanie telefon komórkowy, komputer, Google, może uważał to za formę zabawy, ale ta jego zabawa przekształciła się w realia. Z drugiej strony nigdy nie dotknął komputera. Do końca życia pisał na maszynie. To jest chyba ta jego przewrotność.

W „Dzienniku znalezionym w wannie” mówienie o tym, że komunikowanie jest możliwe tylko poprzez papier, było spowodowane systemem, w jakim ludzie wtedy żyli. Trudno było sobie wyobrazić w latach 60., że poradzimy sobie bez papieru. Warto czasem przypominać, że mieliśmy taki problem, który wydawał się zagrożeniem, a teraz ten problem nie jest zagrożeniem, a jest udoskonaleniem techniki, jest usprawnieniem komunikowania się ludzi.

Wygląda na to, że możliwe jest to, co możemy sobie wyobrazić. Przypomina mi się londyńska historia z końca XIX wieku, kiedy ludzie martwili się, że jeśli ruch na ulicach będzie rozwijać się tak szybko, to niedługo zaleje ich końskie łajno. Usilnie poszukiwano rozwiązania, projektowano specjalne rynsztoki. I w tym momencie pojawił się samochód. Chyba zawsze się znajdzie ktoś, kto może sobie wyobrazić, że jest coś więcej, poza tym, co widzimy.

Jestem pewien, że Lem był takim człowiekiem. Gdzieś przeczytałem, że przed wojną na południu Polski i we Lwowie przeprowadzono testy na inteligencję. Lem zdobył najwięcej punktów. Był piekielnie inteligentny, już jako uczeń liceum. Nic dziwnego, że tyle przewidział. My mówimy, że Lem to science-fiction, że to jest kosmos, ale to jest filozofia.

Jaka jest ta filozofia?

Na przykład jest taki piękny tekst Lema: „Dopóki nie korzystałem z internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów”. To jest coś pięknego.

To ciekawy cytat. Nigdy nie mieliśmy tylu informacji o tak wielu ludziach. Do tego dochodzi temat postprawy, fejknewsów, produkowanych masowo teorii spiskowych. Nigdy nie mieliśmy do tego aż takiego dostępu. I jeszcze to, że każdy dziś wypowiada się na każdy temat, choć czasami wcale nie trzeba.

No właśnie. Ale weźmy pod uwagę chociażby nasze formy komunikowania się przez smsy. Mamy takie hasła, skróty myślowe, że nawet klasyka pięknego wypowiadania się w zdaniu, już nie mówię, że złożonym, zamienia się w hasła. Zaczynamy się do tego przyzwyczajać i nasze komunikowanie polega na impulsie. I może o to chodziło Lemowi. Że język nam zubożał, a przez to nasze myślenie? A z drugiej strony, jak wchodzimy na te wszystkie społecznościowe kanały, to wiemy wszystko o danej osobie, co robi rano i jak spędziła dzień.

Nie wiemy wszystkiego. Wiemy tylko to, co chce pokazać.

Tak, ale nieraz ja bym nie chciał wiedzieć. Całe szczęście, że chociaż można to wyłączyć.

Ciekawy jest temat komunikacji, którego pan dotknął. Przekazujemy sobie krótkie sygnały, i pewnie oboje wiemy, jak wiele nieporozumień to powoduje.

Przy pracy nad  tekstem „Dziennika znalezionego w wannie” jestem szczęśliwy z tego powodu, że aktorzy bronili tekstu, jak niepodległości. Uważałem, żeby to przedstawienie nie było za długie, pewne rzeczy trzeba zweryfikować, uwspółcześnić, bo musi to mieć odniesienie do obecnych czasów. Ale podczas robienia skrótów prosili, żeby na przykład nie usuwać „takiego pięknego sformułowania”, bo to jest piękny język. Ktoś może powiedzieć, że archaiczny, niekomunikatywny, ale jest tak pięknie obudowany, że nieraz jak czytali koledzy aktorzy, to mówiłem: „chwilo trwaj”. Rzadko się dziś coś takiego słyszy. Szanuję literaturę współczesną, bo też musimy się z tym zmierzyć i to zaakceptować, natomiast, jeśli jest taka szansa, i jeśli aktorzy chcą ten tekst mówić, to oznacza, że jeszcze potrzebujemy czegoś więcej niż haseł w internecie.

Może zaczynamy tęsknić za tym rozbudowanym językiem?

Pewnie tak, i warto, żebyśmy do tego wracali. Lem został zaszufladkowany w gatunek science-fiction. To było dla niego wygodne w Polsce do lat 80. – 90, bo cenzura się nie czepiała. Natomiast, na pewno gdyby ta kategoria też była brana pod uwagę w kwalifikowaniu do nagrody Nobla, to by go otrzymał. Z tego powodu pewnie cierpiał, nie miał do nikogo pretensji, ale w jego wypowiedziach czuć było rozczarowanie.

To jest ciekawe, że do dziś fantastyka jest uznawana za gatunek mniej wartościowy. W tym roku literacką nagrodę Nike otrzymał Radek Rak za „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli” i sam autor przyznawał, że dotąd jego książki były wrzucane do kategorii „fantastyka” i nie były traktowane, jak poważna literatura.

Tak, do dziś pokutuje to przekonanie. Ale jak się poczyta Lema, to trudno nie zauważyć, że to książki głównie filozoficzne. Przypominam sobie scenę balangi, tego wkręcania głównego bohatera przez profesorów, czyli ubowców. To jest scena z „Psów” Pasikowskiego, jak siedzą chłopcy, piją, i potem Janka Wiśniewskiego wynoszą. A to już było napisane w 60. roku. System jest ten sam. A do tego zależność i pewne powiazania w strukturach międzyludzkich. Na tym może polega piękno naszego życia, że te powiązania są, to jest brutalne, ale gdzieś urokliwe.  

Ma pan poczucie, że Lem jest niezrozumiany?

Zawsze byłem zafascynowany zainteresowaniem Niemców jego literaturą. Niemcy inaczej postrzegają Lema. Dla nich to nie jest fantastyka, to jest filozofia na życie. Doszukują się zupełnie innych wartości w tej literaturze. U nas Lem wpadł w tę szufladkę „rakieta, kosmos”.

To jak w takim razie będzie wyglądał świat, do którego zaprosi pan widzów płockiego teatru?

Lubię minimalizm. To nas łączy z Krzysztofem Małachowskim, który tworzy scenografię. Z Bartkiem Bandurą, który pracuje nad ruchem, chcieliśmy, żeby w słowie i w ruchu była dynamika teraźniejszości. Dlatego wykorzystaliśmy obrotówkę. Chcemy, żeby ten świat się przemieszczał, ale gdzie on jest? Nie wiemy. W jaki sposób jest? Nie wiemy.

Gdzieś, czyli nigdzie?

Właśnie tak, dwóch naukowców odnajduje pamiętnik. Razem z nimi czytamy, szukamy, zastanawiamy się, jak to było, kiedy to było, i to nas wciąga. Poddajemy to analizie. W pierwszej wersji chcieliśmy pójść w kosmos, jednak wróciliśmy do tego, że analizujemy historię Ziemi. Ale w którym miejscu? To już niech każdy sam sobie dopowie.

Zagubieni w czasoprzestrzeni.

Tak, dokładnie. Zagubieni w czasoprzestrzeni, jak to określał Lem w „Cyberiadzie”. Warto zmusić widza, który przyjdzie na to przedstawienie, do postawienia sobie pytania: „Gdzie jesteśmy?”. Jak widz wychodzi z teatru i zadaje pytanie: „Dlaczego?”, to to jest fajne. I myślę, że sam Lem, siadając do każdej swojej powieści, czy scenariusza, miał to na względzie, zostawiał przestrzeń na to, żeby czytelnik mógł sobie zadać takie pytanie.

Cieszę się, że postawiliście na ruch, nie tylko na słowo.

Wszyscy porównują „Pamiętnik…” do Kafki, do Orwella, ale tam jest dużo Freuda, dużo Junga. Nie mogliśmy się aż tak zagłębić, bo nie o to chodzi w tej sztuce, ale to jest to odniesienie, to pulsowanie, cały czas jest ten beat, który daje nam analizę wnętrza własnych myśli.

W tym ruchu będzie można znaleźć coś jeszcze. To już coś dla obsesyjnych fanów nie tylko pisarstwa Lema, ale też jego rysunków.

Bartek Bandura wpadł na pomysł, że będziemy przenosić rysunki Lema na scenę. Dziewczyny, które są adiutantkami w tym spektaklu, poprzez ruch będą tworzyć obrazy. Scenariusz „Pamiętnika…” jest filmowy, ta groteskowość lemowska i przewrotność wymaga zbliżenia kamery. U nas też będą kamery, będziemy na żywo obserwowali bohatera, natomiast chcieliśmy, żeby zostały te wszystkie figury, które Lem zakreślił sobie w scenariuszu. Przyjaźń z Mrożkiem bardzo rzutowała na Lema. Oglądałem rysunki Mrożka i one są bardzo podobne do tych Lema. Jeden i drugi był takim niedopowiadaczem, ale cholernie dobrym obserwatorem życia codziennego. To wszystko jest w tych rysunkach.
Ale z fanami Lema może być różnie. Lemowi nie podobał się żaden film, który został zrealizowany na podstawie jego literatury. Wydaje mi się, że był zły, że twórcy mu zabierali jego wyobrażenie.

Autor, który się obraża, że twórcy filmowi czy teatralni nie siedzą w jego głowie i nie mają dokładnie takich samych pomysłów?

Tak samo jest z fanami. Jest wielu ludzi, którzy są zafascynowani Lemem i oczekują, że na scenie będzie leciał statek kosmiczny, ale to jest tylko jedna warstwa jego pracy. Nie najważniejsza. Lem był lekarzem, myślał analitycznie, kosmos służył mu tylko do pokazania pewnych mechanizmów.

W pana życiorysie też znalazłam ciekawostkę, oprócz tego, że jest pan aktorem i reżyserem, jest pan też politologiem. To pomaga w reżyserowaniu?

Skończyłem Uniwersytet Warszawski, wydział dziennikarstwa, ale nigdy nie wykorzystałem tego wykształcenia. Ale skończyłem też wydział menadżerski na SGH, bo wiedziałem o tym, że ekonomia jest nauką społeczną, ale matematyka jest nauką ścisłą. Jeśli nie będziemy mieć świadomości, że mamy ograniczone fundusze finansowe, to daleko nie zajdziemy.

To się na pewno przydaje w zarządzaniu teatrem.

Zdecydowanie. Ale mam też fakultet z negocjacji. Zawsze mnie interesowały relacje międzyludzkie.

To chyba już pomaga w reżyserowaniu.

Myślę, że tak, że warto, z tego korzystać, tylko – jak powiedział mi kiedyś profesor Bardini – pamiętaj, żebyś nie spełniał swoich kompleksów artystycznych. Żebyś słuchał i widzów, i aktorów. To jest ważne. Stworzenie spektaklu polega na wzajemnym słuchaniu realizatorów i wykonawców. Jeżeli tego nie ma, jeżeli nie zaiskrzy, to nic nie wyjdzie. Więc od negocjacji ważniejsze jest wzajemne słuchanie się.

Jaki teatr pana interesuje najbardziej?

Wychowałem się na teatrze klasycznym. Szanuję sztukę współczesną, i realizujemy ją w naszym teatrze, ale dla mnie klasyka jest takim cholernie mocnym fundamentem, na którym można wszystko budować. Wydaje mi się, że to jest abecadło dla każdego widza, który przychodzi do teatru. Uwielbiam komedie, uwielbiamy farsy. Tylko nikt nie ma świadomości, jak trudno jest zrealizować takie przedstawienia. Wychowałem się w Teatrze Syrena i nauczyłem się tam od wielkich mistrzów wszystkiego, co jest możliwe, jeżeli chodzi o komedie. Na przykład tego, że im poważniej grasz, tym jest śmieszniej.

Odwieczna prawda - śmiać ma się widz, nie aktor.

Tak. Teatr autorski, który był w polskim teatrze lat 70, 80, na pewno był fajnym doświadczeniem, natomiast tutaj, szczególnie w takich ośrodkach jak Gorzów, ale też Płock,  potrzebujemy - ja to nazywam teatrem eklektycznym, urozmaiconym. Powinniśmy dać satysfakcję widzowi, że ma wachlarz gatunków do wyboru. Teatr musi słuchać widza. Ostatnio mieliśmy najlepszy dowód na to, że bez widza słabo funkcjonujemy. Jest ten teatr internetowy, ale to zupełnie coś innego. Zresztą, zarówno wy, jak i my w swoim teatrze mamy sygnały, że widzowie czekają na nas. I to jest piękne, że ta chemia między widzem i aktorem funkcjonuje, że przechodzi ta wibracja emocjonalna miedzy sceną a widownią i daje impuls do funkcjonowania teatru.

Skoro najbardziej pociągają pan komedie, to dlaczego Lem?

Wszyscy mówią o Lemie, ale na tej półce z pięknym księgozbiorem on stoi gdzieś w ostatnim rzędzie. W Niemczech czy Japonii jest w pierwszym segmencie tego księgozbioru. Pomyślałem, że skoro mamy rok Lema, to spróbujmy go przerzucić do tego pierwszego segmentu i w Polsce.

Czy w jakiś sposób będzie pan czerpał ze swojego zaplecza komediowego przy realizacji spektaklu?

Mnie bardzo ciągnęło w tę komediową stronę, parę scen jest tak komediowych, że to już nie jest Lem. Ale postanowiłem to tak przepleść. Ale u Lema też jest humor, on jest trochę gogolowski, groteskowy.

Za każdym razem, gdy rozmawiam z twórcą komedii, tłumaczy, że to tak naprawdę wielka sztuki i nikt tego nie docenia. A jednocześnie widzowie chcą oglądać głównie komedie. Dlaczego my nie szanujemy tych komedii?

Może dlatego, że powstał teraz taki rodzaj łatwych komedii, nie wiem, jakiego użyć określenia. Może dlatego nam się to teraz źle kojarzy. Bo tak naprawdę komedia to wielka sztuka do reżyserowania i do zagrania. Mówi się, że farsa to sztuka otwierania drzwi w odpowiednim rytmie, ale to jest czysta matematyka. Jak z tego wypadniesz, to po wszystkim. Musi być dyscyplina.

Teatr dla Gorzowa musi być bardzo ważny, skoro został pan honorowym obywatelem miasta. Jak to się robi, że teatr staje się takim miejscem w mieście?

Teatr w Gorzowie jest instytucją marszałkowską, tak jak płocki. Kiedy przyszedłem do Gorzowa, zauważyłem takie myślenie, że za teatr odpowiada marszałek, a miasto postrzegało go jako twór trochę oderwany. Postanowiłem to zmienić. Zauważyłem, że miasto ma rzekę, ale jest od niej odwrócone tyłem. Zacząłem rozmowy, żebyśmy przenieśli targowisko znad rzeki do centrum, a żebyśmy zaczęli robić nad rzeką teatr. Najpierw wymyśliłem cykl kabaretowy, co się bardzo nie spodobało zagłębiu kabaretowemu w Zielonej Górze (śmiech). Potem zacząłem robić spotkania teatrów ulicznych. Chciałem pokazać, że teatr można zupełnie inaczej oglądać. Widzowie siedzieli po jednej stronie rzeki, a po drugiej występowali aktorzy. Szczególnie specjalizowały się w tym teatry niemieckie - pokazy z ogniem, na tle rzeki, bardzo widowiskowe rzeczy. To był początek lat 2000. Muszę pani powiedzieć, że zarówno kupcy, jak i prezydent, uznali, że warto zrobić bulwar nad rzeką, bo to dobre miejsce do spędzania czasu.

Czyli teatr wpłynął na zmianę rzeczywistości.

Tak, miałem z tego dużą satysfakcję. To był taki element scalania się teatru z miastem, pokazywania, że teatr w mieście jest. A moją perełką jest scena letnia. Taką wizję miałem, jak obejmowałem dyrekcję i to zrealizowałem. Dziś ludzie nie wyobrażają sobie wypoczynku bez sceny letniej. Tak się zaczęło dziać, że już nie było imprezy letniej bez teatru. Miasto uznało, że teatr jest elementem miasta. Nawet, jak powstała filharmonia, nikt już nie miał wątpliwości, że teatr jest potrzebny. Kiedy zacząłem pracować w tym teatrze, nikt nie mówił o tym, że Zbigniew Herbert był jego kierownikiem literackim. Postanowiłem to wykorzystać, doprowadziłem do nazwania ulicy nazwiskiem Herberta. I te działania pozwoliły na identyfikację teatru z miastem. Jak usłyszałem, że mam dostać to honorowe obywatelstwo, to powiedziałem, że to obywatelstwo otrzymali wszyscy pracownicy teatru. Mam cudownych ludzi, jesteśmy naprawdę fajną rodziną, drużyną. Zdarzają się, jak w każdej rodzinie, nieporozumienia, ale na tym polega koloryt życia.

Wspomniał pan o współpracy z niemieckimi teatrami. Co wam dało zetknięcie się z teatrem niemieckim?

Bardzo dużo. To pozwoliło na otwarcie aktorów – to, że stykali się z aktorami, którzy zupełnie inaczej pracowali, rozwinęło ich. Niemiecki teatr jest trochę inny, i inny jest system, oni planują z dużo większym wyprzedzeniem. W Niemczech teatry często prowadzą stowarzyszenia, to też u nich podpatrzyłem, nasz teatr ma teraz dwa stowarzyszenia. Jedno już zastałem, stowarzyszenie przyjaciół teatru, i ono realizuje tylko program dydaktyczno-pedagogiczny. Mamy takie studio, które jest prowadzone przez naszych aktorów, i młodzi ludzie od przedszkolaka po licealistę, bawią się w teatr. Nieraz korzystamy z tych działań w naszych spektaklach.

Pedagogika teatru też przywędrowała do nas z Niemiec.

Ale naturalnie, że tak. I ile nam to pomogło, że Instytut Teatralny to przeniósł na polski grunt. Cztery razy realizowaliśmy Lato w teatrze, i widziałem, jaka jest potrzeba takich działań. A drugie stowarzyszenie widzów gorzowskiego teatru powstało już za moich czasów, I tu też korzystam z doświadczeń niemieckich.

Pytałam o te doświadczenia z Niemcami, bo zawsze mnie fascynowały tereny przygraniczne. To daje tak dużo możliwości czerpania z siebie nawzajem, funkcjonowania w różnorodności.

To prawda. Niemcy bardzo chętnie chcieli z nami pracować, bo też z nas czerpali. Oni są rzeczowi, my jesteśmy emocjonalni – z tej wymiany wychodziły ciekawe rzeczy. Podobało się to i im, i nam.

Może wakacje to złe słowo, ale myślę sobie, że taka reżyseria w Płocku jest dla pana jakimś oderwaniem od trudów bycia dyrektorem teatru, mylę się?

Ale tak właśnie o tym myślę. Czuję się tu, jak na wakacjach. Jest tak wspaniały zespół, tak chętny do pracy. Spotykałem się z różnymi teatrami, z różnymi zespołami. Widziałem ten zespół wielokrotnie na scenie, ale nigdy z nimi nie pracowałem. Jestem bardzo mile zaskoczony. Oni są tacy życzliwi, dają taką energię i są wyrozumiali… Nawet, jak walczyli o ten tekst, o którym wspominałem, to potem rozumieli moje decyzje. W ogóle miasto jest piękne. Jestem zafascynowany taką nowoczesnością, spojrzeniem na miasto. Jeżdżę na rowerze, i  cieszę się, że jest tutaj system wypożyczania rowerów. U nas się nie przyjął. Gorzów ma siedem wzgórz. Ludzie zjeżdżali z góry i porzucali rowery, bo nie mogli podjechać pod górę. A tutaj wypożyczam sobie rower, jadę tą ścieżką przed siebie, mijam galerie handlowe, wyjeżdżam za miasto i cały czas jest ścieżka. Nie muszę się bać, że ktoś mnie może potrącić. I ta Wisła. Jak stajesz i patrzysz, to chwilo trwaj.

Dziękuję za rozmowę.

Jan Tomaszewicz - politolog, reżyser oraz aktor teatralny i filmowy. Honorowy Obywatel Miasta Gorzowa Wielkopolskiego (2020). Dyrektor Teatru im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wlkp. (2002). Pomysłodawca reaktywowania przy gorzowskim teatrze Teatru Letniego. Laureat Motyla - Nagrody Kulturalnej Prezydenta Miasta Gorzowa Wielkopolskiego (2005) i Nagrody Kulturalnej Marszałka Województwa Lubuskiego (2015).

Urodzony w miejscowości Wiktoryszki (powiat Wilno, Litwa). Z wykształcenia politolog (Wydział Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, 1999). Dyplom aktora uzyskał w 1983 roku w Studio Wokalno-Aktorskim przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Ukończył także Podyplomowe Studium Menadżerów Kultury w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie (2007).

W 1979 roku związał się z Teatrem Muzycznym w Gdyni. Tam zadebiutował jako aktor w musicalu Alicja w krainie czarów (1980). Zagrał też m.in. zbójnika w śpiewogrze Janosik - czyli na szkle malowane (1983). Później występował w Bydgoszczy (w latach 1983-1985, Teatr Polski, m.in. Sen srebrny Salomei [1983] i Pan Damazy [1984]) oraz w Warszawie (1985-1992, Teatr Syrena, m.in. Szalone lata [1987] i Bez seksu proszę [1990]). W 1984 roku był asystentem choreografa w sztuce Niech no tylko zakwitną jabłonie Agnieszki Osieckiej, wystawionej na scenie w Bydgoszczy, a w 1991 roku asystentem reżysera w przedstawieniu Taniec kogutów (Teatr Syrena, reż. Stanisław Broszkiewicz).

W 1992 roku został dyrektorem Teatru im. Leona Kruczkowskiego w Zielonej Górze. Jako aktor zagrał m.in. Łopachina w Wiśniowym sadzie (1993) i Kruppa w Zabawie jak nigdy (1994). W Zielonej Górze zadebiutował też jako reżyser (Czego nie widać, 1994).

W 2002 roku wygrał konkurs na stanowisko dyrektora Teatru im. Juliusza Osterwy w Gorzowie. Pomysłodawca Gorzowskich Wieczorów Kabaretowych i orędowniki odrestaurowania i przywrócenia do życia przedwojennego Teatru Letniego. Na jego scenie od 2003 roku organizowane są (z jego inicjatywy i finansowane przez Urząd Miasta) bezpłatne wakacyjne spektakle, które - w ciągu 8 lat - obejrzało blisko 100 tys. widzów(1). Powołał Scenę XXI Wieku działającą przy Teatrze Letnim. Przyczynił się do podniesienia poziomu i rangi najstarszej kulturalnej imprezy w mieście - Gorzowskich Spotkań Teatralnych. Jako reżyser zadebiutował w Gorzowie w marcu 2005 roku spektaklem Czego nie widać. W 2012 roku został wyróżniony odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej, a w 2016 roku srebrnym medalem "Zasłużony Kulturze Gloria Artis". W lipcu 2020 roku Rada Miasta nadała mu tytuł Honorowego Obywatela Miasta Gorzowa Wielkopolskiego.

Od 2004 roku okazjonalnie współpracuje też (jako reżyser) z Bałtyckim Teatrem Dramatycznym im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie. Wystąpił również w filmach, m.in.: Rififi po sześćdziesiątce (1989), Goryl, czyli ostatnie zadanie... (1989), Wiedźmin (2001), Komornik (2005), i serialach: Klan (1997), Na dobre i na złe (1999), M jak miłość (2000) i Czas honoru (2008).