OBOWIĄZEK INFORMACYJNY

Zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 roku w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE informujemy, iż na stronie internetowej Administratora znajduje się obowiązek informacyjny (zgodnie z art. 13 RODO), w którym wskazujemy w jaki sposób Państwa dane osobowe przetwarzane są przez Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego ul. Nowy Rynek 11; 09-400 Płock. Prosimy o zapoznanie się z niniejszą klauzulą informacyjną

PLIKI COOKIES

Informujemy także, iż my i nasi partnerzy wykorzystujemy technologie, takie jak pliki cookies, i przetwarzamy dane osobowe, takie jak adresy IP i identyfikatory plików cookies, w celu spersonalizowania treści w oparciu o Twoje zainteresowania, mierzenia wydajności treści oraz uzyskiwania wglądu w odbiorców, którzy widzieli treści. Kliknij poniżej, aby wyrazić zgodę na wykorzystanie tej technologii i przetwarzanie danych osobowych w tych celach. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były wykorzystywane, kliknij w link Zarządzanie cookies, aby dowiedzieć się jak je wyłączyć.

Informujemy Ciebie, że w ramach serwisu używane są także także tzw. „niezbędne” pliki cookies niezbędne do funkcjonowania strony internetowej, umożliwiające korzystanie z usług dostępnych w ramach Serwisu, służące do zapewnienia bezpieczeństwa, np. wykorzystywanie do wykrywania nadużyć w zakresie uwierzytelniania itp. Szczegóły zawarte są w Polityce Prywatności

W przypadku pytań i wątpliwości co do zakresu przetwarzania Twoich danych przez Administratora zalecamy kontakt z Inspektorem Ochrony Danych - p. Rafałem Andrzejewskim. Kontakt: iod@teatrplock.pl, lub tel. 504 976 690.

Polityka Prywatności  |  Zarządzanie cookies
ROZUMIEM

Z Markiem Mokrowieckim, laureatem Srebrnej Maski 2022 rozmawiała Monika Mioduszewska-Olszewska.

Monika Mioduszewska-Olszewska: Spodziewał się pan?

Marek Mokrowiecki: Nie.

Dziękuję za rozmowę (śmiech).

Słowo honoru, byłem przekonany, że nagroda poleci w kierunku Lema w reżyserii Jana Tomaszewicza albo Papierowego kochanka, którego reżyserował Paweł Paszta. Byłem zaskoczony samą nominacją.

Która to pańska maska?

Nie wiem. To już chyba tylko Prezes wie (śmiech). Nie to, że nie przywiązuję wagi, bo to jest niesłychanie miłe, tylko jestem bałaganiarz w życiu osobistym, tak zwanym. Za boga sobie nie mogłem ostatnio przypomnieć, za które monodramy dostawałem grand prix na Festiwalu Teatrów Jednego Aktora w Toruniu.

Domyślam się, że nie ma pan honorowego miejsca na nagrody?

Nie. Część jest w teatrze, część w domu. Ale w domu sobie eksponuję, mam tam taką ładną etażerkę.

Jest ołtarzyk?

Jest. Ale chaotycznie ułożony.

A jak pan myśli, co takiego zachwyciło Płockie Towarzystwo Przyjaciół Teatru w Bambini di Praga?

Nie wiem. Trudno mi mówić, o tym, co mogło zainteresować kapitułę, szczególnie o swoim przedstawieniu. Być może to, że starałem się pokazać Hrabala od innej strony. Najczęściej jest on czytany przez tę jasną stronę – anegdotę, dowcip, zresztą znakomity, który często sięga abstraktu. Chciałem pokazać, i pokazałem, także ciemniejsze strony jego twórczości. Może to, żeśmy śpiewali piosenki w oryginale, po czesku. Zresztą, to dużo zależy od całego zespołu. Ja tę maskę przyjąłem z zaskoczeniem, i żałuję, że tego nie powiedziałem ze sceny, ale ona się należała wszystkim. I Marianowi Fiszerowi za scenografię, i całemu zespołowi, także muzycznemu pod wodza Krzysia Misiaka.

Pańska nominacja nawet tak brzmiała – „za reżyserię Bambini di Praga i mobilizację zespołu, prezentującego szeroką paletę mistrzowskich etiud aktorskich”. Więc de facto to nagroda dla wszystkich.

Tak to przyjąłem. Zdradzając kuchnię teatralną, powtórzyłem swój pomysł, sam siebie splagiatowałem, można powiedzieć. Pierwszy raz śpiewaliśmy czeskie piosenki w oryginale w Partii umiarkowanego postępu w granicach prawa wg Haška. I jeszcze włączaliśmy w to widzów.

Niektórzy widzowie zwracali uwagę, że woleliby wiedzieć, co śpiewacie, więc ten język czeski był jakąś barierą w odbiorze.

Jest program. Dosyć obszerny. Ostatnio nawet recenzent konkursu „Klasyka żywa” Zenon Butkiewicz zauważył, że wydajemy bardzo dobre programy. Bo rzeczywiście myślę, że one są merytorycznie dobre i są ciekawe. I tam mamy wytłumaczenie treści piosenek. Dobór piosenek to była duża zabawa. To nie są piosenki z lat 40., bo akcja sztuki dzieje się w roku ‘47. To były piosenki, które towarzyszyły mi, kiedy przyjechałem do Czechosłowacji do Sceny Polskiej w latach 60. Największe przeboje, Olmerova, Pilarova, Matuszka. Do tej pory żałuję, że nie włączyłem tam żadnej piosenki Hany Hegerovej. No ale trudno, przedstawienie ma swoją pojemność. Dużo zabawy było z tymi piosenkami. Przyszedłem na próbę z wydrukowanymi tekstami, kolega Misiak się z tym osłuchał, a aktorzy próbowali nauczyć się wymowy.

Bo oni śpiewali po czesku na słuch?

Tak, wytłumaczyłem im, co znaczy każde słowo, żeby mieli świadomość tego, co śpiewają. To był przeurocza praca.

O tę pracę chciałabym zapytać. Czy dla tego przedstawienia miało znaczenie, że myślał pan, że to już ostatnie? Że pan odchodzi? Bo chyba pan tak myślał?

Tak. Bardzo długo się zastanawiałem, czy w ogóle cokolwiek robić. Myślałem sobie, że zrobię jakiegoś farfocla na koniec. A jakoś ostatnio, daj panie boże, nasze produkcje uważam za wysoki poziom artystyczny. I namówiono mnie do tego Hrabala. Najbardziej suszył mi głowę Waldek Lawendowski: „Panie, zrób pan to na zakończenie. Nie poddawaj się pan”. Bo zrobiłem to raz w Czeskim Cieszynie. Ale to było zupełnie inne przedstawienie.

Pan jest już inny, to oczywiste.

To prawda, ja jestem inny, i pewnie dlatego tym razem położyłem się na tej ciemnej stronie Hrabala.

Bambini di Praga będzie można to zobaczyć pod koniec maja. Jak pan zachęci widzów, żeby to obejrzeli? Co tam znajdą?

Znajdą równolegle, po pierwsze dobrą literaturę, ciekawą fabułę złożoną z anegdot życiowych pokazanych w formie groteskowej, komediowej. Zresztą widzowie bardzo ładnie na to reagowali, na te wszystkie perypetie bohaterów. To jest warstwa literacka. W warstwie realizatorskiej, reżyserskiej – znajdą bardzo ciekawe przedstawienie. Dowcipne, a jednocześnie zmuszające do refleksji. Jest lekkie, mimo tej ciemnej strony. Jest atrakcyjne ze względu na dużą ilość muzyki, na świetne wokalizy. Jest to po prostu atrakcyjne przedstawienie. Nie jest to oczywiście farsa czy komedia sensu stricto, ale warto pójść, cholera, do teatru, i to zobaczyć. To są ostatnie przedstawienia. Bo wątpię, czy się to kiedykolwiek wznowi.

Lubi pan oglądać swoje przedstawienia?

Bo ja wiem, czy lubię…

Czy się pan denerwuje, że coś jest nie tak?

To w pierwszym rzędzie. Jak widzę, że ktoś coś chrzani, czy broń Boże, jakieś światło nie wejdzie dokładnie tak, jak miało być. Wtedy się nie denerwuję, tylko mnie szlag trafia. Bo jestem cholerykiem (śmiech). W pracy.

Myślę sobie, że może reżyser, który tworzy spektakl, zostawia go, wyjeżdża i idzie dalej ma trochę łatwiej.

Ma łatwiej, ale ja nie należę do reżysero-dyrektorów, którzy chodzą na każde swoje przedstawienie. Nie, nie, nie, ja bym zwariował. To jest jakiś sado-masochizm. Natomiast mam ulubione sceny w przedstawieniach, więc zawsze wyskoczę tutaj na pomost techniczny, ja to nazywam rurą, bo tam jest taka rura, na której siadam, i sobie oglądam. Mam przedstawienia, które darzę wielkim sentymentem, a mam takie, o których wolałabym zapomnieć, że je robiłem.

A jest jeszcze coś, co by pan chciał wyreżyserować?

Masę rzeczy, ale już nie zdążę (śmiech).

Nie pytam o tytuły, tylko o tematy, które za panem chodzą.

Pani wie, że zanim wezmę się za jakiś tytuł, to obrabiam go, nicuję, obracam w lewo, w prawo. Zastanawiam się, czy mnie to będzie siedziało, czy zrobię z tego dobre przedstawienie, czy uda mi się nim zainteresować publiczność. Najświeższy przykład z Balladyną, która dostała bardzo chłodne recenzje krytyków…

Ale dostała, coś jednak poruszyła.

Ale dla mnie niesłychanym zaskoczeniem jest reakcja publiczności, szczególnie tej młodej. Która wstaje i bije brawo na stojąco. Przecież nikt im nie każe. No więc bardzo długo się przymierzałem do Balladyny. Wcześniej, przy Bambini, mieliśmy pandemię. Chciałem wtedy zrobić Dżumę Camusa, bo uwielbiam tego pisarza, ale okazało się to zbyt skomplikowane prawnie, teatru nie byłoby na to stać. W tym roku przymierzałem się do Dekameronu Boccaccia. To dotyka tematu epidemii oczywiście, ale przede wszystkim jest to zbiór pięknych, pysznych opowiadań. Chciałem zrobić takie przedstawienie, które by nawiązywało do tego, cośmy przeżyli, żeby zobaczyć, jakie było spojrzenie na to sprzed wieków. Ale stwierdziłem, że nie mam na to czasu, bo praca nad scenariuszem pochłania ogromną jego ilość. A ja lubię pisać scenariusze sam. Wyjątkowo przy Hrabalu skorzystałem z cudzej adaptacji, bo adaptacja opowiadań Hrabala jest autorstwa Václava Nývlta, scenarzysty, dramaturga, który wprowadził Hrabala w świat filmu i teatru.

Nie trzeba wszystkiego robić samemu, jeśli ktoś napisał już dobry scenariusz.

Ja jednak lubię robić adaptacje sam. Proces, Myszy Natalii Mooshaber, wszystko to pisałem sam. Z takich moich adaptacji najbardziej pamiętam Mój wiek Wata w Teatrze Studyjnym w Łodzi końcem lat 80. Ale nie wyszło z tego zbyt dobre przedstawienie. Przeszło ośmiuset stronicowa książka, wywiad Miłosza z Watem. Genialna rzecz. Kompendium wiedzy o Polsce, szczególnie środowiska literackiego lat międzywojennych. Myślałem jeszcze o Frankensteinie, o Dr Jekyll i Mr Hyde. O takich rzeczach. Draculę już napisałem, niestety.

Wyreżyseruje pan coś jeszcze?

Pojęcia nie mam. Słowo honoru. To jest skandal, że nic nie zrobiłem w Piekiełku do tej pory.

Nigdy, naprawdę?

Nic. Jak znajdę jakiś temat, to coś zrobię… Nie, na pewno coś zrobię. Jak mi zdrowie pozwoli. I jeżeli wpadnę na jakiś ciekawy pomysł. Bo robić coś po to, żeby tylko reżyserować, jest bez sensu.

A po co pan reżyseruje?

To jest, powiem ordynarnie, moja pasja (śmiech).

To oby tak pozostało jak najdłużej.

Bawi mnie ten cały proces. Lubię czytać, więc sprawia mi przyjemność czytanie o autorze, jego innych tekstów, szukanie wszystkiego, co dotyczy sztuki. Chodzi mi jeszcze po głowie przeniesienie na scenę Jądra ciemności Conrada, ale zobaczmy. A może mi zupełnie coś innego strzeli do głowy… Bierzemy to w ironiczny nawias, ale tak pomyślałem sobie, czy nie zrobić na odejście takiego wieczoru… bo nie cierpię benefisów, broń boże, ale zrobiłbym sobie taką kompilację różnych przedstawień, moich ukochanych: Myszy Natalii Mooshaber, Procesu, Opowieści o zwyczajnym szaleństwie…, no ale to jest rzecz trudna... to chyba nie.

Jedno jest pewne. Jeśli pan kiedyś coś takiego zrobi, to znaczy, że już na pewno pan odchodzi?

No (śmiech). I wtedy wszyscy odetchną z ulgą.

Dziękuję za rozmowę.

Fotografie
1. Marek Mokrowiecki podczas próby do Balladyny, obok Magdalena Tomaszewska, asystentka reżysera, fot. Waldemar Lawendowski
2. Ukłony po spektaklu Bambini di Praga, fot. Waldemar Lawendowski