Zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 roku w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE informujemy, iż na stronie internetowej Administratora znajduje się obowiązek informacyjny (zgodnie z art. 13 RODO), w którym wskazujemy w jaki sposób Państwa dane osobowe przetwarzane są przez Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego ul. Nowy Rynek 11; 09-400 Płock. Prosimy o zapoznanie się z niniejszą klauzulą informacyjną

ROZUMIEM

W płockim teatrze pracował 11 lat. Tu dorastał. Ale przyszedł czas na zmiany. Następnym przystankiem Łukasza Mąki będzie Wrocław. Do Płocka będzie wpadał, żeby zagrać Tonia w Szalonych nożyczkach czy George'a w Hotelu Westminster. Z Łukaszem Mąką rozmawiała Monika Mioduszewska-Olszewska.

Wychowałeś się w teatrze. Słyszałam, że całe dnie spędzałeś na widowni – spałeś tam, jadłeś i oglądałeś wszystko, jak leci.

Taki jest los dzieci aktorów. Godziny pracy w teatrze są, jakie są. A w czasach mojego dzieciństwa nianie to była rzadkość, więc trzeba było być tutaj.

Lubiłeś to?

Mnie to zawsze odpowiadało.

Twoja córka powtarza tę historię?

Trochę tak, chociaż inaczej, bo ma dwa teatry. Gosia, jej mama, czasami zabiera ją ze sobą do Capitolu.

Będzie kontynuowała rodzinną tradycję?

Oby nie.

Dlaczego nie?

To nie jest łatwy zawód. Przyjemny, ale nie łatwy.

A zamieniłbyś go na inny?

Nie. Zawsze chciałem to robić. Z małymi przerwami na zawodowego pływaka i fotografa (śmiech).

Jakie jest twoje pierwsze wspomnienie z teatru?

Pamiętam profesora Skotnickiego. Kiedy jako dziecko przychodziłem z rodzicami na próby, wygłupiał się przyklejając sobie na twarzy krostę z plasteliny. Przeklejał ją w różne miejsca, wtedy ja mówiłem, że przed chwilą była gdzie indziej, a on na to, że nieprawda. I tak się bawiliśmy. Później się z nim spotkałem już w szkole aktorskiej. I pierwsze zadanie, jakie mi dał, brzmiało: „Panie Mąka, teraz pan pójdziesz pod ścianę i będziesz pan stał, jak stary wał”. Profesor Skotnicki robił nam egzamin z piosenki, a tam trzeba było zawsze zagospodarować przestrzeń studentami, więc akurat w tym momencie moim zadaniem było stanie pod ścianą i koleżanka do mnie śpiewała.

Wiedział, że jesteś tym chłopakiem od krosty?

Jak najbardziej. Dużo pracował z moim ojcem, który poznał go jeszcze w szkole. Pamiętał tego gżdyla, który latał po teatrze.

A kiedy po raz pierwszy stanąłeś na scenie?

Moją pierwszą rolą na zawodowej scenie był Kałamarz w Pierścieniu i róży w reżyserii Tomasza Grochoczyńskiego. Grałem jako 3 czy 4-letnie dziecko. Jedna z postaci na mnie gwizdała i wbiegałem na scenę w niebieskim kostiumie, z białym piórkiem w głowie. I to jest właśnie przewrotność historii. Bo gdy już się przyjąłem do teatru po szkole, moją pierwszą rolą był Książę Bulbo w Pierścieniu i róży. Jakaś klamra się tu stworzyła.

Nie szkoda ci opuszczać tego teatru? Tyle historii.

Gdzieś na pewno, ale wszyscy się rozwijamy, próbujemy pójść dalej. Tak mi się życie rodzinne ułożyło, że teraz przyszedł czas na Wrocław. Zawodowo jeszcze nie wiem, co będzie dalej.

Chciałbym kontynuować aktorstwo, zatrudnić się w jakimś teatrze na etat, natomiast to w dzisiejszych czasach nie jest proste. Wszyscy wiemy, że aktorów jest dużo, a teatrów mało. Teatry mogą sobie wybierać z aktorów jak chcą.

Pamiętam naszą rozmowę po twoim zastępstwie w spektaklu Berek, czyli upiór w moherze. Wzruszyło mnie to, jak zagrałeś geja. Ty mi wtedy powiedziałeś, że jesteś z kobietą i wiesz, co to znaczy kogoś kochać i po prostu przełożyłeś to uczucie na postać, którą grałeś. Ujęła mnie ta odpowiedź i to, z jaką czułością podszedłeś do tej roli.

Gdzieś to jest taka prawda. Jeśli mamy do zagrania jakąkolwiek postać, czy ona jest pozytywna, czy negatywna, zawsze musimy znaleźć powody, dla których ona taka jest. Tak samo jest z graniem miłości. Poza płcią, którą różni się ta miłość, myślę, że generalnie jest ona uczuciem tożsamym dla wszystkich ludzi. Romantyczne wyrażanie uczuć jest raczej tożsame dla gatunku, niż dla preferencji seksualnych. To w ogóle jakiś gejowski rok dla mnie był, biorąc pod uwagę, że zaraz miałem do zagrania Tonia z Szalonych nożyczek (śmiech).  

W roli Tonia wszystkich zadziwiłeś swoimi zdolnościami komediowymi.

Ale ja je zawsze miałem! Tylko pan dyrektor nie dawał mi szans. To jest niewykorzystany talent (śmiech).

Czujesz odpowiedzialność, żeby być tak dobrym aktorem jak twój ojciec?

Gdzieś się to na pewno za mną ciągnie i jestem porównywany do ojca, ale też nie odczuwam z tego powodu wielkiej presji. Jesteśmy dwoma różnymi facetami. W moim wieku ojciec miał zupełnie inne warunki, to były inne czasy. On zaczynał w czasach głębokiego komunizmu, była cenzura, trzeba było unikać pewnych tematów. W tej chwili już tak nie jest. Z tego co zauważyłem, tak jak w latach 90. był rozkwit braku cenzury, tak teraz sami się cenzurujemy. Sami mamy problem z powiedzeniem pewnych rzeczy, które wracają do jakiegoś tabu, co uważam za głupie. Bo skoro można, to trzeba mówić o wszystkim.

Protesty pod teatrami pokazują, że to nie jest tylko autocenzura.

W obecnych czasach, kiedy wszystko jest na wyciągnięcie telefonu z kieszeni, nie ma najmniejszego sensu taka forma protestu, żeby kogoś do czegoś nie dopuszczać. Bo on, tak czy siak, znajdzie sposób, żeby do tego dotrzeć. Teraz możemy rozmawiać. Rozmowa jest zawsze bardziej kreatywna, konstruktywna.

Tylko rozmawiać trzeba chcieć.

Bardzo mi przeszkadza w dzisiejszych czasach to krzykactwo, wieczne krzyczenie na coś, na kogoś. Że jak ktoś nie jest po mojej myśli, to trzeba mu wykrzyczeć w twarz, że się myli, że jest głupi. A tak nie jest, bo wszyscy mamy swoje poglądy i swoje przemyślenia na różne tematy. Filozofami nie jesteśmy wszyscy, ale wszyscy mamy filozofię życia, do której dążymy.

Myślisz, że teatr może być lekiem na to krzykactwo? Osterwa mówił, że teatr jest dla tych, którym nie wystarcza kościół.

Jest coś mistycznego w teatrze, na pewno. Wielu ludzi przychodzi do teatru trochę jak do kościoła. Ale ja bardziej cenię widza, który przychodzi na dany spektakl z własnej woli i jest w bluzie z kapturem i jeansach, niż takiego, który przychodzi, bo trzeba się pokazać, i jest w garniturze, muszce i marynarce. Zresztą ten widz, który przychodzi do teatru, jest często bardziej kulturalny, niż ten, który przyjdzie się pokazać. Teatr potrzebuje i takich i takich widzów, i nie neguję tego. Mówię tylko, co mnie jako aktorowi, bardziej odpowiada.

Natomiast nie uważam, żeby teatr miał cokolwiek leczyć. Od leczenia są dyskusje, wtedy można, jak przy negocjacjach, zrobić sobie rachunek tego, z czym się zgadzamy, z czym się nie zgadzamy. Teatr ma pokazywać spektrum możliwości.

Ale może tę dyskusję wywołać.

Nie twierdzę, że nie. Może, czasami powinien, ale nie tylko. Teatr jest też rozrywką i ta rozrywka jest po to, żeby ludzi trochę oderwać od rzeczywistości. Dlatego robimy te farsy, żeby ludzie przyszli i się trochę odstresowali, zapomnieli o swoich codziennych troskach, o zepsutym samochodzie i przypalonym obiedzie.

Dziękuję za rozmowę.

Łukasz Mąka – ur. w 1983 roku. Absolwent Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie (2008).

Fot. Waldemar Lawendowski