„Piękna i Bestia” to oczywiście opowieść o tym, jak łatwo zamykamy się w powierzchownych ocenach – innych ludzi, ale też samych siebie — i jak trudne, a jednocześnie konieczne, jest ich przekroczenie. Jeśli widz wyjdzie z myślą, że warto patrzeć głębiej, uważniej, z większą otwartością, to rzecz jasna… byłbym zachwycony.
Z Andrzejem Ozgą – autorem adaptacji i reżyserem spektaklu muzycznego „Piękna i Bestia” (opartego na motywach baśni Jeanne-Marie Leprince de Beaumont), którego premiera odbędzie się 31 maja, rozmawiał Leszek Skierski.
LS: Jest Pan autorem adaptacji scenicznej musicalu „Piękna i Bestia”. Opowiedział Pan tę znaną historię po swojemu. Czy bał się Pan porównań do innych znanych adaptacji?
AO: Porównań właściwie nie da się uniknąć, zwłaszcza przy tak rozpoznawalnym tytule jak „Piękna i Bestia”. Nie traktowałem ich jednak jako zagrożenia, tylko raczej jako naturalny punkt odniesienia. Jest to w końcu baśń, a ja czuję się w tym wypadku jednym z wielu, wielu jej opowiadaczy, którzy snuli tę opowieść, czy to przy ognisku, czy przy kominku w chłodne noce, innym razem w salonie, a to wobec widzów w kinie czy też w teatrze. Przy tym każdy opowiadacz – opowiadając ją na nowo, czyni to po swojemu, dokładając do baśni cząstkę siebie. W ten sposób tradycja pozostaje żywa, wciąż odnawiana swego rodzaju dialogiem kolejnych opowiadaczy.
Czy teatr muzyczny – a przecież jest to musical – ma dziś siłę przyciągania uwagi widzów?
Zdecydowanie tak . Żywię głębokie przekonanie, że musical, który wyewoluował – kolejna odsłona popularnego teatru konwencjonalnego – bywa dziś jedynym rodzajem sztuki, będącym w stanie odciągnąć masową widownię od telewizorów. Musical działa bowiem bezpośrednio na emocje — poprzez muzykę, rytm, energię sceny. Widz nie tylko „rozumie” historię, ale ją odczuwa. I to często intensywniej niż w przypadku teatru dramatycznego. Jeśli za muzycznym widowiskiem stoi dobrze skrojona opowieść podparta emocjonalną muzyką i tym, co potocznie nazywamy „magią teatru”, jego siła przyciągania jest wyjątkowa. Między innymi dlatego, że daje widzowi możliwość poczucia wspólnoty i emocji, których nie zastąpi żaden ekran.
Postawił Pan jednak warunek – „Jeśli za muzycznym widowiskiem stoi dobrze skrojona opowieść”. W takim razie, jak wyglądała Pana współpraca z kompozytorem na etapie tworzenia sztuki?
Był to proces bardzo żywy, pełen wzajemnych korekt i poszukiwań. Marek Zalewski jest nie tylko wyjątkowo zdolnym kompozytorem. Jest nade wszystko człowiekiem teatru. Rozumiem przez to, że mimo ogromnego doświadczenia pracy ze sceną, jest wciąż artystą ciekawym teatru, skorym do poszukiwań i wyzwań. Mnie nie interesuje współpraca z kompozytorami, którzy dostają tekst songu i przynoszą na próbę „dzieło”, w którym nie wolno zmienić jednej nuty, jednego akcentu. Obaj jesteśmy muzykami i obu nam zależy na procesie, w którym krystalizuje się możliwie najpełniejszy muzyczno-emocjonalny przekaz, pasujący do postaci i dramaturgii spektaklu.
Stworzył Pan już kilka realizacji „Pięknej i Bestii” w innych teatrach. Czy są elementy spektaklu, które zrobi Pan w płockim Teatrze zupełnie inaczej?
Każda kolejna realizacja „Pięknej i Bestii” jest dla mnie raczej próbą pogłębienia niż rewolucji. Nie wchodzę do teatru z założeniem, że coś trzeba zrobić „na siłę inaczej”, ale z ciekawością – co tym razem ta historia może mi jeszcze odsłonić? Więc nie chodzi o zmianę dla samej zmiany, tylko o wsłuchanie się w miejsce i w moment. Jeśli dzięki temu pojawi się świeżość — nawet subtelna — to właśnie ona jest najcenniejsza.
Ale zdarza się, że są sztuce są sceny o które reżyser musi „zawalczyć” z zespołem. A czy jest coś, czego jednocześnie chciałby Pan uniknąć przy płockiej realizacji?
Niczego takiego sobie nie przypominam.
W takim razie powinienem zapytać o to – ile w tym spektaklu jest rzemiosła, a ile intuicji reżyserskiej?
Hmmm… Sądzę, że jakieś 60% spektaklu powstało już w trakcie konstruowania scenariusza. Ale kiedy działał sam warsztat, a kiedy sama intuicja? Pewnie nigdy. Doświadczenie i umiejętność „prowadzenia” uwagi widza nie są mi obce, jednak samo moje pisanie to proces dość intymny i emocjonalny. Przyznam się, że traktuję postacie tworzonej sztuki bardzo empatycznie. Zdarza się, że zaskakuje mnie, kiedy np. tworząc dialog czuję łzę pojawiającą się w kąciku oka. Wtedy doświadczenie podpowiada mi, że trzeba iść dalej w tym kierunku. Intuicja… rzemiosło…? Nie, tych rzeczy na pewnym etapie drogi artystycznej nie da się oddzielić, a już na pewno pomierzyć i zważyć.
Czy istnieje zatem jakaś rzecz, której widzowie zwykle nie zauważają, a która jest kluczowa, i chciałby Pan ją uwypuklić?
W teatrze bardzo rzadko działa jeden efektowny element. Znacznie częściej o sile spektaklu decyduje suma małych, precyzyjnych decyzji, które razem tworzą spójne, wspólnotowe, emocjonalne doświadczenie. Każdy widz jest w stanie zobaczyć tylko wybrane z tych elementów frazy. I bardzo dobrze, bo teatr to sztuka żywa i gorąca. Dokonując tych mini wyborów własnej uwagi widzowie stają się współtwórcami spektaklu, który powstaje w ich głowach. Zaś rolą reżysera jest dyskretnie w tym pomagać i nie przeszkadzać poprzez niepotrzebne akcenty.
Która scena najlepiej oddaje „duszę” całej historii?
Przyznam, że nie zastanawiałem się nad tym. Oczywiście istnieją sceny, które lubię, ale to nie jest coś stałego. Kiedy zdarza mi się oglądać spektakle na próbach wznowieniowych, to raz ta, to znów inna scena wydaje mi się najbardziej istotna i ważka. Mam nadzieję, że widz, jeśli zechce powtórnie obejrzeć spektakl, będzie czuł podobnie.
Pana realizacje sceniczne często podejmują szereg istotnych, z punktu widzenia współczesnego odbiorcy, tematów. Co widz powinien zrozumieć po obejrzeniu „Pięknej i Bestii”, i co poczuć w ostatnich 30 sekundach spektaklu?
Nie ma potrzeby, żeby widz „zrozumiał” coś jednego, jasno nazwanego – teatr rzadko działa w taki sposób. Bardziej zależy mi na tym, żeby coś nieokreślonego w widzu poruszyć, uruchomić refleksję, która być może dopiero po czasie zacznie się układać w sens. „Piękna i Bestia” to oczywiście opowieść o tym, jak łatwo zamykamy się w powierzchownych ocenach – innych ludzi, ale też samych siebie – i jak trudne, a jednocześnie konieczne, jest ich przekroczenie. Jeśli widz wyjdzie z myślą, że warto patrzeć głębiej, uważniej, z większą otwartością, to rzecz jasna… byłbym zachwycony.
A ostatnie 30 sekund?
Cóż... Pracujemy nad „Baśnią Magiczną” i jeśli uda nam się skłonić widzów do wejścia w jej świat, to mam nadzieję, zdołamy choćby na te półtorej godziny rozniecić w nich „naiwną” wiarę w to, że chaos nie jest stanem ostatecznym i daje się uporządkować. Przynajmniej w świecie baśni. To może przynieść wzruszenie, a zarazem lekki niepokój, ale też pewien rodzaj nadziei – takiej, która nie jest oczywista, tylko wymaga od nas wewnętrznej pracy.
Dziękuję za rozmowę.
Fot. Waldemar Lawendowski
