Zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 roku w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE informujemy, iż na stronie internetowej Administratora znajduje się obowiązek informacyjny (zgodnie z art. 13 RODO), w którym wskazujemy w jaki sposób Państwa dane osobowe przetwarzane są przez Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego ul. Nowy Rynek 11; 09-400 Płock. Prosimy o zapoznanie się z niniejszą klauzulą informacyjną

ROZUMIEM

Głęboko wierzę, że wszystkich ludzi coś łączy, i że jeśli tylko zechcą zadać sobie trud, nawet dwie osoby o skrajnie odmiennych charakterach, przekonaniach politycznych i wierzeniach są w stanie znaleźć wspólną płaszczyznę porozumienia. Wszyscy pragniemy w życiu tego samego – akceptacji, miłości i szczęścia.     

Berek, czyli… jak dogonić miłość, szczęście i akceptację

Z Marcinem Szczygielskim – pisarzem, dramaturgiem i grafikiem, z okazji płockiej premiery jego sztuki Berek, czyli upiór w moherze, rozmawiał Leszek Skierski. 

Po sukcesie Wydmuszki, której premiera odbyła się w płockim Teatrze w 2011 roku, sięgamy po twoją kolejną sztukę Berek, czyli upiór w moherze. To jest historia prawdziwa, czy wymyślona przez Ciebie, pozwalająca nam zerknąć na problem braku tolerancji, ale z przymrużeniem oka?            

Historia jest wytworem mojej wyobraźni, ale została zainspirowana wydarzeniami z życia mojego znajomego, który z racji na swoją orientację seksualną, był wtedy ofiarą prześladowań ze strony sąsiadów z warszawskiej kamienicy.   

W obu tych sztukach są postaci o odmiennych charakterach i przekonaniach. Każda z nich przedstawia inną historię szukania porozumienia, łączenia dwóch skrajnych brzegów przepaści. Czy jest coś, co jednak łączy tych bohaterów?

Głęboko wierzę, że wszystkich ludzi coś łączy, i że jeśli tylko zechcą zadać sobie trud, nawet dwie osoby o skrajnie odmiennych charakterach, przekonaniach politycznych i wierzeniach są w stanie znaleźć wspólną płaszczyznę porozumienia. Wszyscy pragniemy w życiu tego samego – akceptacji, miłości i szczęścia.     

Powieść Berek, na podstawie której stworzyłeś adaptację teatralną, ukazała się w 2007 roku. Od tamtej pory minęło prawie dziesięć lat. Zarówno książka, jak i sztuka, wciąż budzą emocje, od pozytywnych, po negatywne. Sięgają po nią czytelnicy, przychodzi publiczność… Miałeś takie przeczucie, że udało Ci się połączyć ze sobą te dwa różne światy?      

Kiedy pisałem „Berka”, zupełnie się nie zastanawiałem, co z niego wyniknie, a jeśli już, to bardziej spodziewałem się wściekłości i ataków ze strony czytelników niż uznania. Bo sam byłem wściekły, a książka miała być atakiem na hipokryzję i fasadowość przekonań głoszonych przez naszych pseudokatolików, których uosobieniem w „Berku” jest Anna. Ale w pewnym momencie polubiłem tę bohaterkę i sam zacząłem ją coraz lepiej rozumieć, tak samo, jak książkowy Paweł. Uświadomiłem sobie, że jej religijny fanatyzm jest reakcją obronną na samotność, odrzucenie, brak spełnienia, szczęścia i miłości. I nagle okazało się, że ona sama zasługuje na współczucie w większym nawet stopniu, niż Paweł. Myślę, że to podejście zaważyło na powodzeniu powieści – obie strony mają tu głos.        

Gdybyś miał napisać tę sztukę od nowa, to co byś zmienił?      

O, na pewno napisałbym ją inaczej. Minęło sporo czasu, mam za sobą premiery kilku następnych spektakli i kilkanaście premier książkowych. Myślę, że teraz mój warsztat pisarski jest inny, być może nie odważyłbym się już na kilka wątków, które wtedy wprowadziłem, jednak nie zmieniłbym sedna historii. Ale wcale nie jestem pewny, czy dziś napisałbym tę sztukę lepiej, bo chyba tamten mój brak doświadczenia i brawura debiutanta dały tekstowi siłę.  

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że „najbardziej w życiu boisz się szufladek”. Dla pisarza, twórcy, artysty… „szufladki” mają swoją pozytywną stronę – określają twórcę, dają mu prawo do większej swobody. Dostrzegasz w swojej twórczości jakiś wspólny łącznik, który cię charakteryzuje w ocenie czytelnika lub widza?

Podtrzymuję to, co wtedy powiedziałem. Nadal panicznie boję się sytuacji, w której zostałbym ostatecznie zaklasyfikowany jako ktoś, kto zajmuje się tylko jednym gatunkiem literatury, czy dramatu. Po „Berku” poczułem, że jeśli napiszę następną książkę skupiającą się na podobnej tematyce, już nigdy nie uwolnię się od łatki „pisarza gejowskiego”. Zacząłem więc pisać książki dla dzieci i młodzieży, bo to wydało mi się najodleglejsze. Jednak w tym, co piszę – obojętne, czy jest to książka dziecięca, historyczna, gejowska, przygodowa, czy z dreszczykiem – każdy z moich bohaterów zmaga się z odrzuceniem i z tym odrzuceniem musi się zmierzyć, zaakceptować je, a nawet nauczyć się czerpania z niego siły. Każdy z nich jest outsiderem. I pewnie o takich ludziach będę pisał już zawsze, bo bardzo mocno się z nimi identyfikuję.         

Reżyserem płockiego Berka… jest Andrzej Chichłowski. Chciałbym zapytać o Twoją współpracę z twórcami teatralnymi – konsultujesz z nimi szczegóły realizacyjne swoich sztuk, czy raczej dajesz im wolną rękę, oczekując z niecierpliwością na premierę?    

Wszystko zależy od reżysera i producenta spektaklu. Jeśli tylko wyrażą chęć, abym uczestniczył w tworzeniu inscenizacji, z radością się na to zgadzam, chętnie biorę udział w próbach i włączam się – na tyle, na ile mogę – w proces twórczy. Ale mam świadomość, że gdy piszę w sztuce słowo „koniec”, tekst przestaje być moją prywatną własnością i zaczyna żyć swoim własnym życiem – o ile ktoś zechce w niego to życie tchnąć. Ktoś, czyli reżyser i aktorzy. Od nich zależy ostateczny efekt, szanuję więc ich zdanie wyżej niż własne. Jedyne, czego nie potrafię zaakceptować, to dopisywanie fragmentów tekstu do mojego, natomiast skróty i przeróbki obserwuję z zaciekawieniem.

Jesteś autorem szesnastu książek dla dorosłych, siedmiu książek dla dzieci i tylu samo sztuk teatralnych; nie licząc artykułów prasowych i projektów graficznych. Moglibyśmy rozmawiać na dowolny temat, ale dziś interesuje nas głównie teatr, jakie miejsce on zajmuje w Twoim życiu?          

Teatrem zajmowałem się znacznie wcześniej niż literaturą, bo w liceum, w którym się uczyłem, istniało koło teatralne, a ja do niego należałem. Wystawialiśmy sztuki (także pisane przez nas samych), braliśmy udział w konkursach teatralnych, mieliśmy zajęcia z zawodowymi aktorami i reżyserami. Wtedy połknąłem teatralnego bakcyla i dziś trudno wyobrazić mi sobie życie bez teatru – zarówno oglądanego z widowni, jak i od kulis.

Czego należy życzyć autorowi, który potrafi docenić nietypowość tego świata?

Jedynie czasu. Tego jednego mi brak, bo pomysłów i inspiracji do kolejnych historii życie dostarcza mi codziennie aż w nadmiarze. Szczególnie w ostatnich miesiącach.

Dziękuję za rozmowę.