Po prostu wszystko zagrało

44 lata później

Czym dla was był teatr? - Miejscem pracy. Całym życiem. To był nasz Teatr. Skotnicki zawsze mówił: „Jeżeli wytrzymasz rok, dwa, trzy, to jesteś nasz”. Niektórzy wytrzymali trochę dłużej – mówi Józef Muszyński.

44 lata wcześniej

31 grudnia 1974 roku odbywa się premiera Romea i Julii Williama Szekspira w reżyserii Grzegorza Mrówczyńskiego. To pierwsze przedstawienie w nowo powstałym Teatrze Płockim – Ośrodku Kultury i Sztuki. Julię gra Barbara Grabowska, Romeo to Paweł Hadyński. - Jak was powitać w chwili, kiedy po długim okresie trudnych przygotowań stajemy przy drzwiach obserwując was, kiedy wchodzicie do naszego budynku. Patrzymy w wasze twarze chcąc odgadnąć, czy będziemy wam potrzebni – mówi Jan Skotnicki w 1974 roku. 12 stycznia 1975, płocka publiczność ogląda przedstawienie Cud mniemamy, czyli Krakowiacy i Górale Wojciecha Bogusławskiego w reżyserii Jana Skotnickiego. Jest bardzo uroczyście. To oficjalne otwarcie teatru w Płocku. Wśród zaproszonych gości są wybitni aktorzy - Tadeusz Łomnicki i Ryszarda Hanin. Zostają rodzicami chrzestnymi Teatru.

15 września 2018 roku najmniejsza scena, zwana Piekiełkiem, zapełnia się gośćmi – nie publicznością, gośćmi, bo dziś głos może zabrać każdy. Będziemy rozmawiać o tym, jak się robi teatr. W drzwiach stoję ja, czekam z lekkim podenerwowaniem. Zastanawiam się, czy przyjdą.

Otwarcie

Pamiętacie dzień otwarcia teatru? - Ja pamiętam – mówi Mirosław Łakomski. – Siedzieliśmy na balkonie. Ryszarda Hanin i Tadeusz Łomnicki dokonali uroczystego przecięcia wstęgi. Jednak za dużo nie pamiętam, bo byłem zajęty czym innym (śmiech). Tego dnia Mirosław Łakomski poznał swoją przyszłą żonę. - Zadzwoniła do mnie dziewczyna z taką niewykonalną prośbą, żeby załatwić dwa zaproszenia na otwarcie teatru. To oczywiście było niemożliwe, ale powiedziałem jej, że jak chce, to ją zabiorę. Nie planowała tego. Nie planowałaś, prawda? – zwraca się do żony. I tak się do dzisiaj męczy ze mną – opowiada. Józef Muszyński pamięta to inaczej. – Był tłum ludzi, pierwsze przedstawienia były grane przy pełnej publiczności. Zaczynaliśmy dwiema sztukami. Po Romeo i Julii zespół techniczny musiał szybko przygotować scenę do Krakowiaków i Górali. Towarzystwo się bawiło w Domu Technika, a my niestety na scenie – opowiada. Aktorzy musieli grać bardzo przekonująco, bo w spektakl włączyła się publiczność. - Pierwsze trzy rzędy w Romeo i Julii były zakryte podłogą, scena była przedłużana i na to wjeżdżał podest na kółkach, które zrobiliśmy z łożysk. Na tym podeście odbyła się scena bójki tak autentyczna, że jeden z widzów wstał i chciał tę bójkę zażegnać – wspomina Muszyński.

Chcę wiedzieć, jakie były nastroje po pierwszej premierze. – Nastroje były przecudowne, śpiące, ale przecudowne. Jan Skotnicki był bardzo zadowolony, no bo wszystko wyszło. Nie było wpadek. Po prostu wszystko zagrało – dodaje Muszyński.

Od początku

8 sierpnia 2013 umiera Jan Skotnicki. To on przyjechał do Płocka i stworzył Teatr. Rozmawiam wtedy z ludźmi, którzy pamiętają „Skota”. Kilkoro z nich nadal pracuje w Teatrze. Do kilku muszę dotrzeć. Pytam Henryka Rybaka, czy to on wymyślił w Płocku teatr, był w tamtym czasie prezydentem miasta. Mówi, że wymyślił to sobie zespół ludzi z Płockiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru, którego szefem był Franciszek Dorobek. A jego ta grupa entuzjastów zaraziła swoją „chorobą”. Opowiada mi też, jak to wszystko było.

- Wybraliśmy się z panem Franciszkiem do Warszawy, żeby znaleźć poparcie u mocodawców, którzy mieli wpływ na tworzenie teatru, m.in. do Ministra Kultury, ale przedtem szukaliśmy wsparcia u ludzi teatru. Byliśmy u prof. Szczepkowskiego, który wtedy był szefem w SPATiFie. Przyjął nas, delikatnie mówiąc, chłodno. Nie widział sensu, żeby w Płocku zakładać teatr. Później byliśmy umówieni w Teatrze na Woli z ówczesnym dyrektorem, prof. Tadeuszem Łomnickim. Tamto spotkanie miało zgoła inny charakter. To był szalenie ciepły człowiek. Nawet się ucieszył z tego, że ktoś chce zakładać teatr w czasie, kiedy mówiło się tylko o budowie mieszkań, kanalizacjach, infrastrukturze. Pytał, czego nam potrzeba. Potrzeba nam było fachowej pomocy, ludzi, którzy by się tym zajęli. Obiecał tę pomoc dać. Następnego dnia pojechaliśmy do Ministra Kultury Józefa Tejchmy. On również przyrzekł skromną pomoc finansową – mówi.

Piekiełko

Henryk Rybak nie dociera na spotkanie w Piekiełku, bo się źle czuje. Podobnie jak obecny dyrektor teatru, Marek Mokrowiecki. Przychodzą za to inni. Józef Muszyński przyjechał do Płocka z Poznania. Na spotkanie do Piekiełka przyszedł ze swoją żoną, Sabiną. Pani Sabina nadal jest kadrową w Teatrze, pan Józef odszedł na emeryturę. - Przyjechaliśmy do Płocka w 1974 roku. To był czerwiec. Dyrektor Skotnicki zaproponował mi pracę, ale nie mogłam jej podjąć bo miałam małe dziecko. Któregoś dnia zaproponował, żebym przepisywała egzemplarze do sztuki. Wahałam się, nie wiedziałam, czy sobie poradzę, ale on powiedział: „Dasz radę”. Przywieźli mi maszynę do pisania. Wieczorami rozkładałam koce na stole w kuchni, stawiałam na tym maszynę, żeby było ciszej i przepisywałam Krakowiaków i Górali i Romea i Julię – mówi Sabina Muszyńska.

Józef Muszyński miał trudne zadanie. - Mnie przypadło w udziale stworzenie zespołu technicznego i przygotowanie sceny. Jak wiadomo, był tu dom kultury, zupełnie nieprzygotowany do naszych potrzeb. Scena była bardziej przydatna zespołowi pieśni i tańca niż teatrowi.  Miała wymiary 16 x 14 metrów, była trochę przyduża do teatru. No ale jakoś nam się udało to wszystko ogarnąć – mówi. Do tego doszło wiele innych wyzwań. Teatr Płocki był teatrem objazdowym. – Dużo przedstawień było w terenie. 15 – 20 przedstawień w miesiącu – dodaje.

Profesor

- Gdzieś po trzech tygodniach od wizyty w Ministerstwie Kultury do magistratu przyszedł pan, przedstawił się: „Jestem Jan Skotnicki. Z polecenia pana dyrektora, prof. Tadeusza Łomnickiego. Mam tutaj coś zrobić, założyć teatr czy pomóc w założeniu teatru”. Muszę powiedzieć, że się bardzo ucieszyłem. Posturę miał skromną, ale był pełen entuzjazmu. Po prostu spodobał mi się jako człowiek. Przyjechaliśmy tutaj, do tego obiektu, który był w zasadzie domem kultury wybudowanym przez Mazowieckie Zakłady Rafineryjne i Petrochemiczne i tak się zaczęło – mówi mi Henryk Rybak w 2013 roku.

W lutym 2010 roku Jan Skotnicki reżyseruje w płockim teatrze Lato w Nohant. Swoje ostatnie przedstawienie w tym miejscu. Alek Pietrzak, uczeń Małachowianki, robi film dokumentalny o profesorze. Nazywa go „Pierwszy dyrektor”. Pomysł na film podrzuca mu Marek Grala, płocki poeta. Kupuje sprzęt i nagrywa Skotnickiego w teatralnym pokoju hotelowym. – Coś cię w życiu interesuje, coś chciałbyś w życiu zmienić, chciałbyś w jakieś sprawie się odezwać do ludzi. No to wtedy zaczynasz reżyserować – mówi mu Jan Skotnicki w pierwszych minutach filmu. W filmie słyszymy, jak Skotnicki mówi, że najbardziej mu było szkoda tych ludzi, którzy przyjechali do Płocka w 1974 i myśleli, że zrobią karierę. – Tu się nie dało świata zawojować – mówi. 15 września 2018 goście w Piekiełku słyszą te słowa z ekranu. Dzień wcześniej do kin wchodzi „Juliusz” - pierwszy film pełnometrażowy Alka Pietrzaka.

Płock

Zofia Pstrąg pamięta ze swojego przyjazdu do Płocka smród. – Po miesiącu bardzo żałowałam, że przyjechałam do Płocka. Przede wszystkim przez klimat. W nocy się budziłam i się dusiłam. Nie mogłam spać. Musiałam się do tej chemii przyzwyczaić. Bardzo żałowałam. Ale tak się stało i nie było odwrotu – mówi długoletnia szefowa pracowni krawieckiej. Pani Zosia przyjechała do teatru z mężem w 1976 roku. Jej mąż został kierownikiem męskiej pracowni krawieckiej. Dlaczego opuściła poprzedni teatr i przyjechała do Płocka? – Przyszłam za rodziną. Tu byli moja mama, siostra, mój brat. I oni kombinowali, żeby mnie tu sprowadzić. Dowiedzieli się, że jest wakat na stanowisku krawca w teatrze – opowiada. Wcześniej pracowała 12 lat w Teatrze Muzycznym w Bydgoszczy, który był zupełni inny niż płocki teatr. - Jak przyjechałam tu do Płocka, nie mogłam się przyzwyczaić do tej małej ilości aktorów. W Bydgoszczy byli i śpiewacy i tancerze. Jak była próba generalna, to była masa ludzi, hałas, orkiestra. Na korytarzu ktoś tańczył. A tu była cisza. I ta cisza mnie przerażała. Ale później się przyzwyczaiłam.

Integracja

Po 35 latach przerwy Płock odzyskał teatr. W latach dziewięćdziesiątych funkcjonował już kilka lat. I wtedy powstał na niego nowy pomysł. - Płock jest jednym ze starszych miast w Polsce, a jednocześnie mnóstwo ludzi przyjechało tu z różnych części Polski do Petrochemii. Chcieliśmy zintegrować mieszkańców, a uznaliśmy, że jak ludzie będą znali historię miasta, to będzie to łatwiejsze. To była inicjatywa druha Wacława Milkego. Dlatego podpisaliśmy porozumienie między miastem a teatrem, że corocznie, podczas Dni Historii Płocka, teatr będzie wystawiał widowisko historyczne. Pamiętam, że zaczynaliśmy od Masława. Później tych widowisk powstało kilkanaście - opowiada Jadwiga Wojnarowska, która w latach dziewięćdziesiątych kierowała miejskim wydziałem kultury.

Jak to się robi

Zastanawiam się, jak się szukało pracowników do teatru. - Niedaleko teatru był Cech Rzemiosł Różnych. Tam nam polecono ślusarza, perukarza, krawca i szewca. Z pracowni krawieckiej mamy tu dzisiaj panią Olę Sieklucką, która żadnej pracy się nie boi. Później do pracowni krawieckiej przyszła pani Zosia Pstrąg. No i jeszcze kilku miejscowych. To już była bardzo fachowa siła robocza. Pierwsza liga – opowiada. Ale łatwo nie było. - Trudności były ze wszystkim. Wszystko limitowane. Drewno, tkaniny. Wszystko. Ale jakoś, przy pomocy władz, przebrnęliśmy przez to. Zrobiliśmy to – mówi Muszyński.

Rekwizytów dostarczali przyszli widzowie. - Szukało się wszystkiego. Bo niczego nie mieliśmy.

Dawaliśmy ogłoszenie w Tygodniku Płockim i były zgłoszenia telefoniczne, że ludzie coś tam mają. I tak jeździliśmy po domach i zbieraliśmy. Ludzie, co mogli, to przynosili, żeby nam pomóc. A my zbieraliśmy dosłownie wszystko. To był teatr tworzony od podstaw – opowiada. - Kiedy kompletowaliśmy zespół techniczny, dużym ułatwieniem były mieszkania, które dla nich dostaliśmy. Dzięki temu mogliśmy ściągać specjalistów z całej Polski. Ci ludzie bardzo się przyczynili do powstania tego teatru. Musieliśmy nauczyć ludzi pracy w teatrze od podstaw, bo dla niektórych to była czarna magia. Rotacja w zespole technicznym była bardzo duża bo to był dzielony dzień pracy. Rano cztery godziny i po południu cztery godziny. No ale jakoś to się wszystko poukładało. Idąc na emeryturę zostawiłem dyrektorowi pierwsza ligę. Nie wiem, jak o to dba, mam nadzieję, że dobrze – opowiada Muszyński.

Ja tu kiedyś będę pracować

Łakomski pracował jako dekorator witryn sklepowych w SDH. Z tej pracy trafił do teatru w 1974 roku. – To była zupełnie inna skala, inne zadania. Dekorator sklepowy miał gotowy towar, który pobierał z półek i robił z tego jakąś aranżację. W teatrze musieliśmy stworzyć wszystko od podstaw na podstawie projektu. Mieliśmy pracownię mniej więcej tej wielkości, co Piekiełko, a musieliśmy robić ogromne dekoracje. Żeby cokolwiek wykonać, musieliśmy pracować w nocy, kiedy scena była wolna. Mniejsze rekwizyty wykonywaliśmy w różnych miejscach – w piwnicach, w sali baletowej, w głównym holu, a większe nawet na dachu – opowiada. Na spotkanie przyszedł z żoną. Tą samą, którą poznał podczas otwarcia teatru.

Aleksandra Sieklucka była krawcową. Praca w teatrze była jej marzeniem. - Zawsze mnie interesowało, co się dzieje w teatrze. Pracowałam w usługach, więc to, co się nosi na ulicy, było mi znajome, ale teatralne rzeczy nie. Któregoś dnia przechodziłam z koleżankami z pracy koło teatru i mówię: „Ja tu kiedyś będę pracować”. Zawsze marzyłam o tym, żeby pracować w teatrze. Żeby się dowiedzieć, co królowe miały pod sukniami (śmiech). I taka plotka poszła, że potem wszyscy pracownicy, którzy mnie tam znali, pytali: „To jak? Kiedy do tego teatru idziesz?”. Po dwóch latach ubierała się u mnie pani Basia Żak [kadrowa] i mnie namówiła, żebym do tego teatru przyszła. No i przyszłam. A tego, co te królowe mają pod sukniami i jak się je szyje, dowiedziałam się głównie od pani Zosi Pstrąg - opowiada.

Mistrz nad mistrze

- Pracownię dzieliliśmy z pracownią perukarską, którą prowadzili Dobrosław Staliński - taki nestor i nauczyciel płockich fryzjerów, i Wanda Bońkowska. Ze mną wtedy pracowała Ewa Woźniakiewicz. Myśmy chlapali te peruki farbą i były ciągle awantury. Byliśmy nowicjuszami, a Dobrosław był dla nas niezwykle wyrozumiały. Jego rodzice przed wojną pracowali w Teatrze Miejskim. Tata był butaforem, czyli modelatorem i dzięki temu znał mnóstwo sztuczek, jak zrobić, żeby atrapa wyglądała jak prawdziwa. Po kilku miesiącach dołączył do nas Władek Dach z Teatru Współczesnego we Wrocławiu. Mistrz nad mistrze. On w zasadzie nauczył mnie i Marka Szalę specyfiki pracy w teatrze. Współpracował z wieloma wybitnymi scenografami. Jak tu przyjeżdżali, cały czas przesiadywali w naszej pracowni. Wspomnę choćby Adama Kiljana, Józefa Napiórkowskiego czy Andrzeja Przedworskiego – opowiada Mirosław Łakomski.

Pożar w pokoju ksero

Spotkanie w Piekiełku nagrywa Waldemar Lawendowski. Dziś zajmuje się w teatrze fotografia i poligrafią. - Przyszedłem do teatru w 1987 roku. Potrzebowali człowieka do reklamy. Zajmowałem się wyklejaniem afiszy, które drukowała Płocka Drukarnia Akcydensowa. Trzeba było im wykleić literkę po literce. Nie było plakatów takich, jak teraz. Najpierw musiałem zanieść afisz do cenzury, a dopiero potem do drukarni.

Lawendowski pamięta, jak teksty sztuk przestały być przepisywane na maszynie. - Dostaliśmy ksero firmy Prexer z Łodzi. Było specjalne pomieszczenie, w którym można było odbijać egzemplarze. Z egzemplarzem, wybranym przez dyrektora Grochoczyńskiego, musiałem iść na ulicę Kolegialną do biura cenzury. Jak była zgoda, to stawiali pieczątkę, że zgadzają się na wydruk, na przykład, 10 egzemplarzy po 100 stron. Problem polegał na tym, że to ksero było utrwalane termicznie za pomocą tysiącwatowych żarówek osłoniętych kratkami. I jak się papier podwinął i dostał między te kratki, to od razu się zapalał. W momencie, kiedy zapaliła się kartka, trzeba było wszystko wyłączyć i uruchomić wiatrak. Przez to zużywaliśmy więcej kartek, niż zadeklarowaliśmy cenzurze. A ksero miało licznik. No i musieliśmy się tłumaczyć, czemu nie zrobiliśmy 300 odbitek, tylko 350. Mieliśmy przy tym ksero zeszyt, w którym zapisywaliśmy, ile faktycznie zużyliśmy stron – wspomina Lawendowski, a brzmi to dziś dość fantastycznie.

Towarzystwo

Przed laty Płockie Towarzystwo Przyjaciół Teatru wywalczyło powstanie teatru w Płocku. Pytam obecnego prezesa, Jarosława Waneckiego, czy dziś jest nadal potrzebne. - W pierwszych latach działalności w towarzystwie było 270 osób, dziś jest trzydzieści kilka. Wtedy był inny czas dla stowarzyszeń. Naciski PTPT, żeby w Płocku powstał teatr trwały siedem lat. Dzisiaj możemy po prostu kupić bilet i pojechać do teatru. Nie potrzeba nam towarzystwa aż tak bardzo, ale mimo to, działamy, tylko trochę inaczej. Robimy takie rzeczy obok teatru. Opowiadamy o Szekspirze, w tym roku zaczynamy opowiadać o Molierze, w sytuacjach nieoczywistych. W performance’ie łączącym teatr z innymi sztukami. Dyskutujemy. Nadal organizujemy wyjazdy do innych teatrów. Niedługo pojedziemy do Kielc, żeby zobaczyć na scenie Jacka Mąkę. Towarzystwo cały czas wędruje między teatrami. Przez 50 lat wyjechało 1200 razy – mówi Wanecki.

Jak to się skończy

- Co wam ofiarować, drodzy widzowie? Przyjmijcie w podarunku osobistym ten mój i nasz niepokój. Rzecz najcenniejszą w życiu ludzi naszego zawodu – mówi Jan Skotnicki w 1974 roku. Pytam Józefa Muszyńskiego, dlaczego się zdecydował przyjechać do Płocka. Pracował w dobrze prosperującym teatrze. - Bo lubiłem pracować i odkrywać nowe rzeczy. Przed Poznaniem pracowałem w Teatrze w Zielonej Górze, który powstał z kina i trochę wiedziałem, o co biega w tych sprawach. W Poznaniu pracowałem w Teatrze Lalki i Aktora. Teatr nie był mi obcy. Wiedziałem, na czym to polega i co trzeba zrobić. A profesor był na tyle wiarygodny i lubiany, że tu zostałem – mówi.

Epilog

Wracam do domu z głową pełną opowieści o teatrze, które usłyszałam na spotkaniu w Piekiełku. Zastanawiam się, jak to wszystko musiało wyglądać 44 lata temu. Co myśleli ci ludzie, którzy tu przyjechali. Na moim telefonie wyświetla się wiadomość od znajomego: „Wiesz, że urodziłem się tego dnia, kiedy była premiera Krakowiaków i Górali?”. To się nazywa klamra.

Monika Mioduszewska-Olszewska

 

Spotkanie „Jak się robi teatr?” odbyło się 15 września 2018 w teatralnym Piekiełku z okazji Europejskich Dni Dziedzictwa.
Wypowiedzi Henryka Rybaka pochodzą z Aktualności Teatru Płockiego, wrzesień – październik 2013